IRONMAN Kona 2015 - Relacja Bartka Czyża

IRONMAN Kona 2015 - Relacja Bartka Czyża

Na początku chciałem podziękować wielu życzliwym ludziom, którzy pomogli mi w realizacji tej wyprawy. Ściskam Was wszystkich! Dzięki!

Będąc na Hawajach można poczuć się jak w filmie pokroju „Indiana Jones”, a może czasami nawet trochę bardziej jak w science-fiction. W każdym bądź razie właśnie tak jeszcze kilka lat temu myślałem o Ironman Word Championschip – „byłoby to sci-fi, gdyby udało mi się tam wystartować”.

Sama wyspa jest tak niezwykła i różnorodna, że ciężko jest to opisać w kilku słowach. Krajobraz potrafi się zmieniać tam diametralnie na przestrzeni 50km: od wypalonej ziemi z karłowatymi drzewami, pola zastygłej lawy przez mniej lub bardziej gęste lasy deszczowe, pewnego rodzaju prerię rodem z Teksasu, zielone „szkockie” wyżyny do śnieżno-księżycowego obszaru wokół Mouna Kea. Na dodatek, co może strasznie dziwić, nie spotyka się tam wielu turystów. Gdziekolwiek się nie pojedzie można spokojnie, bez pośpiechu i w ciszy pozwiedzać. Czasami można mieć wrażenie, że jest się kompletnie samemu, co w dużym stopniu wzmaga i tak niemałe wrażenia estetyczne.

 

Przy okazji wyjazdu na Hawaje wiele słyszy się o tamtejszym klimacie, wysokich temperaturach i wilgotności. W moim odczuciu wszystkie opinie na ten temat są mocno przesadzone. Czułem się tam bardzo przyjemnie i komfortowo – mniej więcej jak u nas w wakacje. Nie tak rzadko u nas bywają bardziej ekstremalne warunki do trenowania. Tam prosto jest przewidzieć pogodę. Jest po prostu 30C i nic się nie zmienia. Być może wiele osób się ze mną nie zgodzi, ale właśnie tak myślę (nie wiem, a może to kwestia, że w ogóle nie używam klimatyzacji)…

 

W mieście Kona, gdzie mają odbyć się Mistrzostwa już tydzień przed startem można poczuć pewnego rodzaju „małe poruszenie”. Czuć, że zbliża się impreza o dużej tradycji i prestiżu. Ta atmosfera zrobiła na mnie duże wrażenie. Jednak już na około 2 dni przed startem dostrzegłem „większe poruszenie” i cała mistyka tego miejsca gdzieś znikła. Taka jest kolej rzeczy skoro na starcie stawia się blisko 2200 zawodników.

 

Jeśli chodzi o sam start to nastawiałem się na wynik w przedziale 9:40-9:50, a ponieważ zawsze ostrożnie podchodzę do szacowania miałem cichą nadzieję, że zdołam urwać z tego jeszcze kilka minut. Wydaje się, że wszystko byłoby możliwe, bo w większej części były to zawody „pod chmurką”, a nawet z przelotnym opadem. Przypiekało mniej więcej przez połowę roweru. Jeszcze dryfując na kilka sekund przed startem miałem nadzieję, a nawet byłem wręcz pewny, że się to tak skończy. Niestety było inaczej…

 

Etap pływacki uważam za bardzo ciekawy i najbardziej wymagający ze wszystkich dotychczasowych, w jakich brałem udział. Czasami miało się wrażenie, że walczy się z wodą. Zdaje się, że fale lekko przeciągały wszystkich trochę na prawo i lewo. „Pralki” w moim odczuciu nie było, lekka ciasnota panowała, ale było komfortowo. Nie potrzebuję dużej przestrzeni życiowej. Patrząc się na zegar przy wyjściu ze strefy zmian zaniepokoiłem się, że jest trochę za późno niż sobie to wyobrażałem.

 

Wsiadając na rower czułem się w pełni sił. Jednakże już w kilka minut potem zdałem sobie sprawę, że w nogach nie miałem kompletnie nic, czym mógłbym porządnie przekręcić korbą. Przez pierwsze 60km trzymałem się jeszcze w szyku, starałem się nie gubić pozycji i jakoś dawałem radę ale nie było to takie proste jakbym sobie tego życzył. W końcu odpadłem i zacząłem tracić. Narzuciłem sobie komfortowe tempo, które doprowadziło mnie do końca etapu rowerowego z czasem 6h05min, który zdecydowanie mogę nazwać porażką. Po drodze wyprzedziło mnie wiele osób, chyba setki. A ja jadąc komfortowo powinienem mieć siłę utrzymać tempo wyprzedzających mnie osób, jednak nie mogłem nic zrobić. Coś we mnie pękło. Dobrze, że nie miałem licznika, bo załamałbym się jeszcze bardziej…

 

Coś o warunkach na rowerze – w pierwszej części przygrzewało, nie było to jednak najmocniejsze przygrzewanie jakiego byłem świadkiem (na tegorocznym Czechmanie było gorzej i na kilku treningach koło domu). Na trasie wypiłem kilkanaście bidonów, nawet nie liczyłem ile, ale myślę, że ponad dwa razy więcej (może nawet trzy) niż zwykle. No i oczywiście był wiatr, w okolicach nawrotki mocny z bocznymi podmuchami (kilku gości zmiotło do rowu – tak wnioskowałem jak widziałem poszlifowanych na maratonie), a gdzieś na 50km na odcinku około 1km przywiało nawet bardziej:) Nie mając siły w nogach jechałem po płaskim na przełożeniu, które najczęściej używam na podjazdy ponad 10% nachylenia. Ostatnie 60km mieliśmy równomierny (o intensywności już normalnej) wiatr w twarz, przynajmniej ci co jechali 6h.

 

Po zejściu z roweru naprawdę bardzo się cieszyłem, że nie mam go już pod sobą:) Początek biegu z tego względu zawsze dla mnie jest niezwykle przyjemny. Było tak i tym razem. Nawet zacząłem wyprzedzać innych zawodników, co dało mi dużo wiary w siebie. Tempo jednak podobnie jak na rowerze było słabsze niż miałem to w zwyczaju, bo jak nie idzie to już we wszystkich konkurencjach. Maraton minął mi naprawdę szybko. Choć było to hawajskie popołudnie, biegliśmy w otwartej przestrzeni i zahaczyliśmy o pola lawy, warunki okazały się naprawdę sprzyjające. Jak już wspomniałem wszystko to odbyło się „pod chmurką” i nawet padał deszcz przez jakiś czas. Można powiedzieć, że było to załamanie pogody, jak na Hawaje… W każdym bądź razie w Nicei oraz w Wolsztynie – dwóch wcześniejszych w tym roku dystansach Ironman wykorzystałem picie z mojego pasa po około 20-25km. Tutaj ostatniego łyka brałem zbliżając się do 40km. Tempo i intensywność pozostawiały podczas tych zawodów jednak dużo do życzenia i być może nie powinienem robić takiego porównania, ale mimo wszystko spodziewałem się wrażeń bardziej „pustynnych”. Maraton skończyłem w niecałe 3h40min, co dało mi końcowy wynik na poziomie 11h z małym hakiem.

 

Ze sportowej strony nie mogę być w 100% zadowolony z tego, co udało mi się osiągnąć, zwłaszcza, że w tym roku konkurencja w mojej kategorii nie stała na bardzo wysokim poziomie. Niestety nie wytrzymałem całego sezonu. Szkoda. Biorąc jednak pod uwagę wszystkie inne aspekty tego wyjazdu i uczestnictwa w Mistrzostwach można powiedzieć, że osiągnąłem to co chciałem. Być może jeszcze wrócę się odegrać i przygotuję odpowiednią formę, ale nie prędko. Na razie interesują mnie inne zawody, zresztą interesowały już od bardzo dawna i osobiście mają dla mnie większą wartość niż Kona. Do zobaczenia w następnym sezonie.