Ponad 1000 metrów przewyższeń w Radkowie - relacja

Ponad 1000 metrów przewyższeń w Radkowie - relacja

Garmin Iron Triathlon Radków. Te zawody pojawiły się już w moim kalendarzu na początku sezonu, gdy planowałem coś pomiędzy Sierakowem i Poznaniem... i to coś to było naprawdę COŚ :) Łącznie ponad 1000 metrów przewyższeń. Mega wymagająca trasa rowerowa i bieg tuż pod czeską granicą. Nazwa "etap górski" nie została tutaj napewno wyssana z palca.

Dzień wcześniej dzięki uprzejmości Grzesia Kowalskiego zakotwiczyłem późnym wieczorem w Kamieńcu Ząbkowickim. Jeszcze raz z tego miejsca bardzo dziękuję jemu, Kasi i ich rodzinie za gościnę. 

Do Radkowa dojeżdzamy w niedzielę ok. 9:30, widać już masę zawodników ciągnących na zawody z różnych stron Polski. Sceneria bajeczna. Góry Stołowe, Zalew Radkowski. Pogoda wymarzona. Choć znów deszcz wisi w powietrzu i przyprawia mnie o czarne scenariusze zjazdów na slickach na trasie rowerowej.

Odbieramy pakiety startowe, zanosimy rowery i rzeczy na przebranie do strefy zmian... i w całym natłoku rozmów i innych przygotowań ulatuje nam odprawa :) na szczęście nowicjuszami już nie jesteśmy i jakieś tam pojęcie o zasadach mamy więc spokojnie zmierzamy na linię startu w Zalewie. A na Zalewie wszędzie znaki o zakazie kąpieli :) cóż, chyba jednak odwołają ten etap :) Po morskim etapie w Kołobrzegu mam wrażenie że Zalew to taka większa kałuża i powinno być szybko :) Na starcie ponad 300 zawodników.

 

Start. I znów asekuranckie ustawienie. Chyba za duży spokój mam do startów etapu pływackiego. Płynie mnie się dobrze, nawet bardzo... jakoś tak płasko i szybko :) Na koniec pierwszej pętli mam już wrażenie że pływam w jakimś stawie, co chwilę łapię jakieś glony i rośliny. Na drugiej pętli płynę już w przyzwoitym rytmie... choć końcowe wyniki tego etapu nie oddały mojego entuzjazmu. 225 miejce z czasem 21:12... no szału nie ma!

 

Strefa zmian i dylemat z którym nie poradziłem sobie przez ostatnią godzinę czyli czy zarzucić na strój startowy jakąś bluzę. Przed startem doradzali że do góry jest parę stopni chłodniej, a przy zjazdach może być naprawdę chłodno. Waham się do ostatniej chwili, do ostatnich sekund przed opuszczeniej strefy zmian... no i jednak idę na żywioł. Słońce świeci, po pływaniu ciepło, adrenalina buzuje... luz, dam radę.

Początek trasy mocno obstawiony przez kibiców i trzeba uważać by się nie podpalić za bardzo co czasem mnie się zdarza. Doping genialny! No to wyjeżdzamy do góry... patrzę na prędkość która w zawrotnym tempie idzie w dół, a ja cisnę, cisnę i nic... takie są góry :) Trzeba się przyzwyczaić do tempa w okolicach 16-18 km/h. Standardowo jak to na etapie rowerowym, wyprzedzam ale tym razem za każdym razem gdy wyprzedzam zastanawiam się czy przypadkiem nie forsuję tempa, przecież inni ledwo kręcą a ja ciągnę i ciągnę. Daję się wyprzedzić na podjeździe przez naprawdę nielicznych zawodników. Po 5 km podjazdu czuję się w porządku, tempo uspokojone, równa kadencja... chyba dam radę. Widoki bajeczne! Staram się rozglądać i podziwiać - naprawdę piękne są góry. Czuję chłód! :) Zimno, mogłem się ubrać... A serpentyna do góry pnie się i pnie. Po 9 km zaczyna się delikatnie wypłaszczać, widać nawrotkę... no to teraz Panie z góry będzie... prędkość rośnie z każdym metrem i zaczynam się przyzwyczajać do prędkości grubo powyżej 50 km. Na szczęście jest sucho i w miarę bezpiecznie... choć nie jest to szerokość trasy w Sierakowie. W niektórych momentach na liczniku pojawia się 60, 61, 62 km/h... naprawdę szybko. Przez chwilę zastanawiam się co by się stało gdybym wyleciał z trasy na łukach przy tej prędkości... na dole las, żadnych barierek... ale nie ma co się zastanawiać bo by pewnie nic ze mnie nie zostało :) Dojazd do nawrotu i druga pętla. Po drodze mijam Grzesia i pytam się czy ciągnie do góry ze mną... choć wiem że to głupie pytanie :) Kurde chyba naprawdę dobrze mi się jeździ w górach. Potem mijam jeszcze Pawła Bonieckiego z Trisfery. Przy dojeździe na szczyt czuję że już jest naprawdę chłodno. Do tego zaszło słońce i zaczyna kropić... no pięknie, będzie jazda z góry po deszczu. Na szczęście tragedii nie ma ale delikatnie asekuruję... choć na ostatniej prostej z górki dociskam na maksa w poszukiwaniu Vmax :) doszedłem do 63,6 km/h. Nie wspomnę oczywiście że podczas tej trasy kilkukrotnie próbuję wrzucić wyższy bieg i okazuje się że już wyżej nic nie ma... chyba przydałaby się korba z 53 zębami zamiast 50... byłoby szybciej :)

Kończę ten etap ze średnią 26,1 km/h co przy płaskiej trasie byłoby totalną porażką. W klasyfikacji tego etapu ląduję na 95 miejscu... hmm myślałem że będzie lepiej - jednak taki dobry jak mnie się wydaje nie jestem! 

Pogoda nie pogarsza się, co oznacza że jest trochę słońca, czasem trochę mżawki... czas rozpocząć ostatni etap biegowy. Wybiegam i czuję że mam totalnie zdrętwiałe nogi... a na dodatek jest pod górkę... oj, będzie ciężko.

Pierwszy kilometr w tempie 4:37... w sumie nieźle. Ale patrzę kto to przede mną biegnie, Grzegorz... jak to?! Przecież wyprzedziłem go na podjeździe! No tak, ale był jeszcze zjazd i w początkowej jego fazie jechałem chyba zbyt asekurancko... a on jak się potem przyznał cisnął na maksa. Wyprzedzam go i cisnę dalej. Zaczyna się robić coraz bardziej pod górkę, a w połowie pierwszej pętli to mam wrażenie że już jest szybciej iść niż biec... Po nawrocie gdy jest już z górki słyszę za plecami podśpiewywanie... :) ... to Grzesiu, dostał drugie życie i leci na złamanie karku z góry... i pyta czy ciśniemy razem?

Oczywiście nie mogło to ujść uwadze mojej ambicji i co tam lecimy razem mimo że wiem że pod względem tempa (4:35) i ostatnich kilku dni może być na granicy, choć wydolnościowo jest ok. Prawda okazuje się być bolesna po kolejnych 2 km. Skurcz w lewym udzie. Daję znać Grzesiowi że ja muszę odpusić, niech pędzi dalej sam. Zwalniam, a po kilkuset metrach muszę na chwilę stanąć :( przed oczyma przebłyskuje niepokój abym w ogóle ukończył te zawody... przez kolejne 3 km muszę jeszcze dwa razy stanąć bo skurcze na przemian dają o sobie znać, a to prawa łydka, a to ponownie lewe udo.

Ostatnie 3 km udaje mnie się na szczęście przebiec w miarę gładko w akceptowalnym tempie ok 4:55 min/km. Dobieg do mety to już nieskrywana radość i satysfakcja. Doping publiczności, przebieg przez mostek nad Zalawem i delikatnie pod górkę wprost na metę, po drodze w przypływie endorfin wyprzedzam jeszcze 2 zawodników, a tempo skacze z ok 150 do 165. Spiker wyczytuje: Jasiek, Kowalski, Dąbrówka!

Niedługo po mnie dobiega jeszcze Paweł Boniecki z Trisfery, a Grzesiek Kowalski kończy zawody oczywiście przede mną z niemal idealnym czasem 3:00:00.

A na mecie radość i uśmiech - chyba porównywalne z pierwszym ukończonym triathlonem w Sierakowie ponad rok temu. Radość tym większa że zrealizowałem mój wariacki plan - od morza po góry. Dwa triathlony w trzy dni.

 

Czas: 3:02:34, 140 miejsce w OPEN, 135 wśród facetów, 37 w kategorii… ale to tylko liczby które niewiele oddają. Te zawody na długo zostaną w mojej pamięci...

 

Piękna okolica i trasy, świetne zawody, wyjątkowy i pełen sportowych emocji długi, czerwcowy weekend.

 

Opracowanie: Jasiek Kowalski

Fot: laboSPORT, Triathlonowy.pl, Garnek Mocy, materiały własne