Szosą po Gran Canaria

Szosą po Gran Canaria

Trening rowerowy na Gran Canaria to jedna z ostatnich rzeczy o których myślałem przed przylotem na tę wyspę. Miałem to oczywiście na uwadze ale z uwagi na mnogość innych planów treningowo-wypoczynkowych nie nastawiałem się zbytnio na ten rodzaj aktywności. 

Po przyjeździe na miejsce i dwutygodniowym pobycie, a także wizją najbliższych startów w Poznaniu oraz Gdyni, zacząłem już mocno kombinować jak by tu zaliczyć kilka dobrych, rowerowych treningów. Jeżdżąc po tutejszych drogach nie raz napotykałem na szosowców, a bardzo urozmaicony teren, do wysokości prawie 2000 m n.p.m. tylko zaostrzał mój apetyt.

Dość szybko znalazłem naprawdę fajną wypożyczalnię sprzętu rowerowego (Free Motion) oraz dobrą mapę rowerową która okazała się kluczem do sukcesu planowania kolejnych tripów ;)

Do wyboru było tylko jedno aluminium na 105… i cała masa karbonowych ram na osprzęcie od Ultegry w górę - było więc w czym wybierać!

Z uwagi na fakt iż do mojej walizki powędrował jedynie strój rowerowy stanąłem przed dylematem zakupu butów rowerowych. Po wizycie w Decathlonie, w którym był całkiem spory wybór, zdecydowałem się finalnie na zakup butów we Free Motion z przeznaczeniem do TRI o których już myślałem od jakiegoś czasu.

W wypożyczalni zameldowałem się z samego rana, tuż po otwarciu sklepu, by nie tracić czasu i dobrze wykorzystać dzień na trening. Szybkie zakupy, wybór roweru, depozyt, dopasowanie roweru i w drogę. To co mnie zaskoczyło w ustawieniu i konfiguracji roweru to mega szeroka kierownica, chyba najszersza z możliwych… ale cóż, tutaj wyboru nie było. 

Na pierwszy ogień wybrałem w miarę delikatną i widokową trasą (choć chyba wszystkie można zaliczyć do widokowych). Z Maspalomas udałem się wzdłuż wybrzeża w kierunku Puerto de Mogan. Pierwsze kilometry przejeżdżam po mieście i już na jednej z prostych, z górki na liczniku mam ponad 60 km/h… :) radocha! Wyjazd z miasta i powoli zaczynają się górki. Zaletą tej trasy, wzdłuż wybrzeża, jest jednak fakt iż jeśli mamy górkę to za chwilę będziemy zjeżdżali w dół, potem znów w górę i znów w dół… i tak w kółko. Nudzić się nie można z pewnością. A widoki… no cóż, genialne! Kultura jazdy kierowców również na całkiem wysokim poziomie, a policjanci bardzo przyjaźni i przepuszczający rowerzystów w pierwszej kolejności. Miło! Tak oto mijam kilka miejscowości, w tym całkiem fajną plażę Amadores i dojeżdżam do Tauro. Na liczniku 25 km. Czyli do Maspalomas będę miał finalnie 50 km - idealnie na pierwszy trening, tak aby zakończyć do 12:00 bo potem słońce już grzeje niemiłosiernie. Trasa niby bardzo wymagająca nie była ale zeszło mi 1:45 i prawie 700 m wzniesień.

Tego dnia zaliczam jeszcze sesję krótką wieczorną sesję i udaję się GC 500 w kierunku Pozo - miejscu kultowym dla windsurferów, ale o tym później. Finalnie dojeżdżam do Sardinia. Trasa zdecydowanie najbardziej płaska z możliwych w tym rejonie, z jednym wyjątkiem w okolicy Bahia Feliz - tam górka naprawdę daje w kość, choć zjazd z prędkością prawie 70 km/h jest już mega fajny! 1:15, 30 km, prawie 300 m przewyższeń.

Łącznie tego dnia zaliczam 80 km i na tym postanawiam kończyć, na kolejny dzień, w planach mam bardzo ambitną wycieczkę po której wiem że będę trupem ;)

Trasa którą wybrałem na danie główne to Maspalomas - Fataga - San Bartolome - Santa Lucia - Sardinia - Maspalomas. Ponoć 70 km i 1400 m do góry. Wcześniej częściowo przejechałem tę trasą autem i wiedziałem że będzie to dla mnie ciężka próba. Wyjazd z miasta i od razu zaczyna się ostra jazda. Nachylenie 6%, 8% i rośnie, dochodzę do 12, 13%, jestem w miarę świeży więc ostro cisnę choć po pulsie widzę że dochodzę już do szczytu! A to dopiero początek! Mina powoli mi rzednie… Do pierwszego planowanego postoju, czyli tarasu widokowego muszę zaliczyć dwie zajezdnie :( masakra. Najgorsze w tym że nie zrobiłem jeszcze nawet 10 km a ja już generalnie mógłbym prawie skończyć. Z wysiłkiem dojeżdżam do tarasu widokowego i tam zaliczam dłuższy postój regeneracyjny i cieszę oko widokami. Po głowie chodzą mi już myśli że planowanej pętli mogę nie zaliczyć, plan awaryjny jest taki że jadę ile mogę do góry, a potem najwyżej zjadę tą samą trasą.

Po przerwie ruszam dalej, jest z górki! Zakręty o 90, 120, 180 stopni na porządku dziennym, a kierowcy zza zakrętów trąbią i ostrzegają się nawzajem. Za barierkami przepaście kilkudziesięciometrowe :) które uświadamiają mnie o czyhającym niebezpieczeństwie i trochę hamują przed próbami osiągania wyższych prędkości. Z górki kończy się po 2 km i znów zaczyna się powoli wspinaczka. Do Fatagi jest jeszcze w miarę ok i nachylenie raczej nie przekraczało 10%. W Fatadze decyduję się na drugi postój, zakup dodatkowej wody, bo dotychczasowa znika w zastraszającym tempie i łyk red bula - może doda mi skrzydeł :) i spowoduje że dalszy dystans pofrunę ;) …

A za Fatagą zaczyna się już jak dla mnie prawdzie piekło z nachyleniami do 15%, zadzieram głowę do góry i widzę drogę która pnie się i wije między skałami… i co? mam tam wjechać?! Nie mam co prawdę już takiego zwątpienia jak na początku i staram skupić się na równej jeździe w górę. Po drodze zaliczam oczywiście z dwa razy zajezdnię, w tym jedną przy malutkim strumyku który okazuje się źródłem wody pitnej… w której prawie cały się wykąpałem i odświeżyłem :) Garmin wskazuje powoli prawie 800 m n.p.m. ale do góry przebyłem już prawie 1000 m… myślę sobie czyli jeszcze 400 i to już total na dziś… no to jadę dalej! I decyduję się podążać drogą zgodnie z wytyczoną pierwotnie pętlą.

Dojeżdżając do zjazdu na Santa Lucia krajobraz przybiera już bardziej zielony klimat, powietrze robi się całkiem rześkie, a co najważniejsze zaczynają się dłuższe, delikatne zjazdy na których można spokojnie odpocząć. Cały czas trzeba oczywiście kontrolować prędkość, bo droga ciągle wije się i wije. Zjazdy na zakrętach o 180 stopni to czysta przyjemność i spora nauka jak dla mnie. Banan od ucha do ucha! Po drodze zaliczam jeszcze przerwy na bananowe śniadanie i ciągłe uzupełnianie płynów. Zdaję sobie sprawę że najcięższy odcinek już za mną, choć przebyłem nieco ponad 25 km. Czyli teraz same łagodne zjazdy w naprawdę bajecznej scenerii…

W końcu docieram do punktu w którym widać już ocena. OK - czyli tam zmierzam. Jestem już prawie w domu… jak się potem okazało, było to całkowicie mylne stwierdzenie.

Robi się powoli coraz cieplej, a nawierzchnia przypomina powoli tarkę… w pewnym momencie na firmowo zamontowanej Sigmie pojawia się ponad 35 st… ożeszty… czuję że jest ciepło ale na zjazdach nie odczuwam aż tak bardzo tej temperatury. Dojeżdżam powoli do miejscowości Sardinia ale nigdzie nie widzę znaków podpowiadających mi właściwą drogę, wiem tylko że muszę kierować się w prawo, wzdłuż wybrzeża. Obym tylko nie dojechał do autostrady bo tam już zgodnie z przepisami nie mogę się poruszać. Jadę przez całkiem spore miasto ale oznaczeń jak nie było tak nie ma, w pewnym momencie przecinam górą autostradę i wiem że to nie jest dobra droga bo za nią nic w prawo już nie ma… :( … ale zaraz, zaraz, to przecież droga do POZO!

Z racji mojej wcześniejszej pasji którą jeszcze mam nadzieję nie porzuciłem całkowicie nie mogę przegapić tej okazji. Co prawda byłem już dwa razy tam z rodziną podczas tego wyjazdu ale akurat dziś jest środek zawodów PWA World Tour Windsurfing! Nie czuję mega zmęczenia więc postanawiam nadrobić kilka kilometrów aby zaliczyć tą miejscówkę na szosie. A tam sam gwiazdy i światowa czołówka w windsurfingu, w szczególności specjalistów od jazdy na fali. Bajka!

No dobra, czas wracać. Wczoraj wieczorem byłem całkiem blisko tego miejsca i zakładałem sobie że teraz już całkowicie z górki i lekko. Przez kilka kilometrów faktycznie tak było, wiatr w plecy i ponad 50 km/h na płaskim! Ekstra! W pewnym momencie jednak tracę moc, a kierunek wiatru odwraca się o 180 stopni. Masakra. Prędkość spada do 20-25 km/h, temperatura powietrza zaczyna być dla mnie dokuczliwa. Walczę. Zaczynam odczuwać mega zmęczenie… nie przypuszczałem że kryzys może dopaść mnie w takim miejscu, na kilka km przed metą… a wiem jeszcze że przede mną górka w Bahia Feliz… a na niej totalna zajezdnia. Zatrzymuję się na drodze i próbuję złapać oddech. Wypijam już wszystko co mam z bidonu i butelki którą mam ze sobą. Odpoczywam prawie 10 minut i powoli ruszam. Staram się uspokoić tętno i rytm. Powoli, mozolnie, w spokoju, wdrapuję się na górę… choć na Garminie ta górka jest niczym w porównaniu z tym co już pokonałem. Dobijam do mety. Radość. Uśmiech. Ale i potworne zmęczenie. Łącznie 1737 metrów do góry i tyleż samo w dół, prawie 80 km.

Zdecydowanie polecam górski trening na Gran Canaria - naprawdę warto i będąc tu nie możecie przegapić tej okazji! :)

Autor: Jasiek Kowalski